MOJA HISTORIA

Kiedy w 2015 roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży, jeszcze nie wiedziałam jak bardzo zmieni się moje życie. Czas ciąży był magiczny, a po porodzie miałam dalej rozwijać moją firmę jako architekt wnętrz.
Taki był plan! Miałam wszystko poukładane!
Mój poród nie był książkowy, za to dość długi i bardzo bolesny. Wydawało mi się, że taki właśnie musi być, bo o porodach nie czytałam wtedy zbyt dużo i za wiele nie chciałam wiedzieć. "Będzie co ma być" mówiłam sobie. Na wieść, że mam pisać "Plan porodu" odpowiedziałam, że jak mam napisać coś, czego nie mogę zaplanować :) I tak sobie żyłam w błogiej nieświadomości, wierząc, że poród tak musi wyglądać. Było, minęło, ot! Wielkie mi halo! Jak już Synek "wyskoczył" ze mnie, zalała mnie fala błogiego spokoju, radość, euforia, nieziemska moc, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Ból, trud i zmęczenie poszły w niepamięć. Tak mi się przynajmniej zdawało ;)
Teraz natomiast zaskoczył mnie połóg! Na to nie byłam przygotowana jeszcze bardziej! To znaczy coś tam wiedziałam i myślałam, że tyle wystarczy... Oj jak ja się myliłam! Baby blues, początki laktacji, trudności z karmieniem, poranione brodawki, dokarmianie w szpitalu i sprzeczne informacje o diecie mamy karmiącej piersią robiły swoje. A była to, niestety, krecia robota... Pierwsze trzy miesiące naszej Mlecznej Drogi były momentami dość trudne, w większości spędzone z maluchem przy piersi i moim buntem - no bo jak to? Mam teraz siedzieć i robić za bufet? Przecież nie tak to miało wyglądać!
Kiedy przyszła faza akceptacji, dowiedziałam się, że czwarty trymestr tak właśnie wygląda. Odpuściłam. Zaczęłam czytać i zgłębiać wiedzę o laktacji, początkach macierzyństwa, fizjologi. Zaczęłam to sobie normalizować i zobaczyłam, że jest mi łatwiej. Wtedy podjęłam decyzję - będę pomagać młodym mamom! Zaczęłam szukać i okazało się, że jako osoba bez wykształcenia medycznego mogę wspierać kobiety w laktacji jako Dyplomowany Promotor Karmienia Piersią. Gdy Synek miał 10 miesięcy pojechałam na kurs do Warszawy, odbyłam praktyki i otrzymałam wymarzony dyplom. Wtedy już czułam, że to jest ten mój "konik", którego szukałam przez całe moje życie!
W tym czasie okazało się, że jestem w kolejnej ciąży w trakcie której czytałam intensywnie o przygotowaniu do porodu. Trafiłam na grupę Facebookową o porodach domowych i już wiedziałam, że to jest to czego dla nas pragnę. Mój Mąż nie podzielał mojego entuzjazmu, więc kiedy się okazało w 23 tygodniu ciąży, że Synek ma zaburzenia tętna, porzuciłam tą myśl i stała się moim niespełnionym marzeniem. Drugi poród przebiegł bardziej świadomie. Był szybszy, chociaż nadal tak samo trudny. Bardziej naturalny niż pierwszy a jednak nie był siłami natury - nie był tym, do czego dążyłam. Za to nasza Droga Mleczna była od początku bajeczna (pomijając jeden, trwający dobę, epizod jak Synek miał 9 miesięcy). Moje podejście do macierzyństwa było już wtedy trochę inne, jednak nadal było w nim dużo nerwów i frustracji. Czułam się z jednej strony wspaniale - spełniły się moje marzenia (od kiedy pamiętam chciałam mieć dwóch Synów), z drugiej strony czułam, że 'ugrzęzłam' i nie mogę wyjść z tej sytuacji w jakiej jestem. Działałam już jako Promotorka Karmienia Piersią (PKP) w okolicy i organizowałam sesje Mam kp. To dawało mi siły! Kontakt z innymi mamami! Zaczęłam wspólnie z koleżanką organizować spotkania informacyjne o karmieniu piersią i pieluszkach wielorazowych, które sama zaczęłam używać gdy najstarszy Syn miał 7 miesięcy. Później dołączyła do nas mama chustująca- doradczyni noszenia. Spotkania te przerodziły się w spotkania mamowe przy kawie, w trakcie których każda mama i jej dzieci były mile widziane. W międzyczasie zaczęłam organizować wspólnie z koleżanką- również Promotorką Karmienia Piersią, coroczne wydarzenia związane z Ogólnopolskim Tygodniem Promocji Karmienia Piersią. Gdy zaszłam w trzecią ciążę, miałam w sobie ogromny strach związany z samym porodem - wiedziałam już jak to u mnie wygląda, chciałam też aby ten poród był najbardziej naturalny ze wszystkich, więc od samego początku czułam presję, którą sama sobie narzuciłam. Marzył mi się poród domowy, jednak mój mąż nie był do tego przekonany a ja nie czułam się na siłach, aby Go namawiać. Odpuściłam. W tej ciąży zdiagnozowano też u mnie cukrzycę ciążową (przy obciążeniu glukozą cukier na czczo miałam o 1 punkt wyżej niż ustalona norma, pozostałe pomiary mieściły się w normie), przyszło mi więc zmierzyć się z szalejącym porannym cukrem, żalem i rozgoryczeniem a także bólem nakłuwanych opuszków i niechęcią. Ostatecznie ciąża przebiegła bez problemów, natomiast poród musiał być wywoływany. Ostatecznie rozłożyłam to wywoływanie "na raty" i dojrzewałam do niego. Ten poród był najbardziej zmedykalizowany, natomiast dane mi było doświadczyć parcia spontanicznego a także pełnego kontaktu skóra do skóry. Dzięki temu czułam, że ten ostatni poród był dopełnieniem moich pozostałych porodów a karmienie piersią było już bardzo intuicyjne i naturalne. Najmłodszy Syn dał mi też siłę, aby szukać relacji w rodzinie opartej na empatii i zrozumieniu trudności, jakie się pojawiają u dzieci w związku z ich rozwojem. Zaczęłam czytać książki Jespera Juula, książki o Self-Reg, o budowaniu motywacji wewnętrznej, uczestniczyłam w wielu kursach online, m.in. na Certyfikowanego Konsultanta Kryzysowego oraz z pozytywnej dyscypliny. W głowie mam plan na dalszy rozwój a także poczucie, że jeśli jeszcze kiedyś będziemy się spodziewać dziecka, tym razem nie odpuszczę porodu domowego :)